Proces templariuszy we dworze mogilańskim

Przez 
(2 głosów)
Dr Marian Małecki jest nie tylko znawcą historii Templariuszy, ale także członkiem tego zakonu. W poniedziałek 15 maja o godz. 18:00 we dworze mogilańskim opowie o Templariuszach.

Jak pszczynianin został templariuszem? - wywiad z dr Marianem Małeckim, adiunktem na Wydziale Prawa i Administracji UJ.
Wywiad przeprowadziła Renata Botor z Tygodnika Echo.

 

Echo: - Powiedzieć o sobie "jestem templariuszem" - brzmi dość... zaskakująco.

Marian Małecki: - No tak, choćby z tego względu, że zakon templariuszy został skasowany w 1312 r. i aż do 1979 r. nie był w żaden sposób zgodnie z prawem kanonicznym odtworzony. Poza tym kiedy kończyła się historia tego zakonu, zaczynała się jego legenda.

- Skarby, święty Graal...

- A także legendy dotyczące masonerii. To wszystko narosło wokół historycznych templariuszy, którzy ani z jednym, ani z drugim nie mają jednak nic wspólnego.

- Odrodzili się dopiero w 1979 r.?

- W 1979 r. książę włoski Alberto Cristoffani della Magione zwrócił się do Jana Pawła II z prośbą o restytucję zakonu w oparciu o pierwotną regułę. Przypuszcza się, że regułę tę napisał św. Bernard z Clairvaux, cysters, jeden z najwybitniejszych filozofów średniowiecza. Reguła miała m.in. pozwolić na wciągnięcie - w jakimś sensie - do zakonu osób świeckich. Za zgodą Jana Pawła II w Poggibonsi koło Sieny zakon został restytuowany. Na jego czele stanął wspomniany książę z Toskanii. Zakon o trzymał regułę, której wszelkie zmiany muszą być każdorazowo zatwierdzane przez arcybiskupa Sieny. Od dwóch lat kapituły zbierające się we Włoszech idą w stronę stworzenia tu życia konwentualnego.

- I jak pszczynianin Marian Małecki został templariuszem?

- Historia templariuszy interesowała mnie już w dzieciństwie. - "Pan Samochodzik"? - Nie, książka Jadwigi Żylińskiej "Odzyskana korona", która opowiadała o templariuszach w Polsce, a nawet na Śląsku - w Oleśnicy Małej. Była to historia, która mnie zafascynowała. Potem postanowiłem te tematy zgłębiać od strony naukowej.

- To już chyba na studiach.

- W szkole średniej i na studiach. Pierwszą moją naukową publikacją był "Proces templariuszy we Francji 1307-1314".

- Wiedziałeś już wtedy, że templariusze się odrodzili?

- Nie, to była wyłącznie pasja.

- To jak trafiłeś do współczesnych templariuszy?

- Poznałem kiedyś archeologa z Torunia, dra Przemysława Kołosowskiego, który zajmował się historią templariuszy na terenach Polski. Zostałem przez niego zaproszony na wykład o procesie templariuszy. Okazało się, że działa stowarzyszenie "Szlak templariuszy". Trzy lata później dowiedziałem się, że we Włoszech istnieje odrodzona przez naszego papieża część zakonu i ma siedzibę w okolicach Toskanii. Dotarłem do zakonu o nazwie Ordo Militie Templi (OMT), mających właśnie siedzibę w Poggibonsi koło Sieny. To niewielka posiadłość z XI w., z romańskim kościołem i obrazem Matki Boskiej - patronki templariuszy - przy ołtarzu.

- Pojechałeś i tak po prostu zostałeś rycerzem?

- Pisałem do nich wcześniej, ale nie było odpowiedzi. Latem pojechałem na wakacje do Toskanii i oczywiście zajrzałem do Poggibonsi. Wszystko było tam pozamykane. Pamiętam, że modliłem się, by Bóg dał mi jakiś znak - co dalej robić. Kiedy po godzinie czekania pisałem list do wielkiego mistrza, zauważyłem, że ktoś podjechał pod kościół. Nie wiedziałem wówczas, że był to kanclerz zakonu (druga osoba po wielkim mistrzu). Miałem zamiar porozmawiać pół godziny, rozmawialiśmy trzy. W następnych dniach zostałem zaproszony do jednej z posiadłości wielkiego mistrza w górach Toskanii. Dotarłem tam na "Anioł Pański", który odmówiliśmy wspólnie z kapelanem zakonu i grupą włoskich skautów. I można powiedzieć, że tak się zaczęła ta przygoda.

- Nie było chwili zawahania, czy to na przykład nie jakaś sekta?

- Była. Ale okazało się, że to zakon będący organizacją Kościoła rzymskokatolickiego, bardzo ortodoksyjny jeśli chodzi o wartości chrześcijańskie. To podejście było dla mnie przełomowe, gdyż obawiałem się kolejnej organizacji pseudotemplariuszy. Zaprosiłem następnie wielkiego mistrza do Polski. Przyjechał, zamieszkał w opactwie benedyktynów w Tyńcu. Pojechaliśmy na Jasną Górę. Wyjeżdżając, przekazał mi pieczęć i zaprosił na posiedzenie kapituły do Włoch, gdzie przy okazji odbyły się inwestytury. Było to w 2009 r. Dostałem wówczas dokument, w którym wielki mistrz mianował mnie preceptorem na Polskę. Jestem zatem upoważniony do tworzenia struktur zakonu w Polsce.

- Przyjęciu do grona rycerzy towarzyszyła ceremonia?

- Tak. Odbywa się ona we Włoszech. Osoba powołana do stanu rycerskiego - tak jak miało to miejsce w średniowieczu - musi w przeddzień inwestytury czuwać do północy w kościele, leżąc plackiem przed ołtarzem i modląc się. Następnego dnia odbywa się msza św., a po niej ceremonia pasowania na rycerza ze złożeniem przyrzeczenia, co jednak nie zmienia faktu, że dalej jest się osobą świecką. Osoba, która należy do zakonu, "żyje według stanu", czyli...

- ...jeśli ktoś jest żonaty, pozostaje nim nadal.

- Dokładnie tak. Ale jest też oczywiście grupa księży w zakonie. Jeden z nich, kapelan wielkiego mistrza, należy do zakonu paulinów na Węgrzech. - Pasowanie wiąże się z określonymi atrybutami? - Dostaje się biały płaszcz i habit z czerwonym krzyżem templariuszy. Dostaje się też sygnet - symbol otrzymanej inwestytury oraz krzyż.

- Rycerz pasowany jest mieczem?

- Tak, jest to oryginalny średniowieczny miecz, należący do wielkiego mistrza. Przyklęka się, a wtedy wielki mistrz uderza mieczem w ramię. Poza tym uderza nowo przyjętego w twarz. - Czym uderza? - No... ręką.

- Po co? Żeby upokorzyć?

- Nie. Towarzyszy temu łacińska formuła. Uderzenie następuje po to, by kandydat nie zapomniał treści przysięgi i nie pozwolił znieważać się w przyszłości. Zostaje się potem w pisanym do księgi tego zakonu, a na końcu odbywa się uroczystość świecka.

- Kobiety też mogą być w zakonie?

- Tak, są pasowane jako damy.

- Odbywa się to podobnie, z uderzeniem w twarz? - Nie, kobietom oszczędza się uderzenia. Damy otrzymują biały welon z czerwonym krzyżykiem, nie mają też habitów. Poza tym dostają także sygnet i krzyż

- Wyczytałam, że pasowane są nie mieczem, tylko różą.

- Nie słyszałem.

- Każdy może być przyjęty do tego zakonu?

- Przyjmuje się osoby, które mają pochodzenie szlacheckie albo które żyją życiem chrześcijańskim, ale heroicznie. Nie jest więc tak łatwo.

- W twoim przypadku?

- Chyba to pierwsze zdecydowało. Jest to jednak zakon, który nie ściąga baranków tylko ludzi o różnych życiorysach, często skomplikowanych, ale mogących i chcących do zakonu coś wnieść, a co najważniejsze - zmienić swoje życie, zapraszając do niego Chrystusa. - To ilu jest w Polsce rycerzy?

- Na całym świecie 65, w Polsce dwóch.

- W Internecie doczytałam się, że w Polsce jest 34.

- To ludzie, którzy należą do jakichś ekumenicznych zakonów, niemających nic wspólnego z odnowionym przez Jana Pawła II zakonem templariuszy w Poggibonsi koło Sieny. Jest np. zakon OSMTH z siedzibą w Katowicach-Ligocie.

- Skąd pewność, że ty jesteś tym prawdziwym templariuszem?

- To jest zakon odnowiony przez papieża, wyznający zasady Kościoła rzymskokatolickiego, nie innego, wraz ze wszystkimi wynikającymi stąd konsekwencjami dla życia katolika. Zakon ten nie zajmuje się niczym innym jak modlitwą, jałmużną, przede wszystkim pokorą w życiu. W odniesieniu do niego została wydana zgoda w 1979 r. - tylko dla OMT z siedzibą w Sienie. Inne organizacje (jest ich w Polsce kilka) nie mają z tym zakonem nic wspólnego. - Czyli wyróżnikiem jest siedziba w Sienie?

- Tak. Niestety, templariuszy utożsamia się z kimś, kim oni nigdy nie byli. Czy ktoś kiedyś czytał coś o ich duchowości, czytał modlitwy przez nich pisane, wie coś o ich męstwie w obronie chrześcijaństwa? Tymczasem powstają kolejne historyjki, które jakkolwiek ciekawe i sensacyjne, nic nie wnoszą do prawdziwej historii zakonu. I niestety tak działa masa ludzi. Zanim trafiłem do OMT, śledziłem wiele różnych organizacji, ale one moim zdaniem czynią wiele zła templariuszom, jak i całemu Kościołowi. Tu fundamentem nie może być ekumenizm, bo przecież katolicy mają surowsze zasady życia niż inni. Różnić należy się pięknie, ale nie można godzić się na wszystko. Podstawą jest wspomniana reguła zatwierdzona przez Jana Pawła II, potem Benedykta XVI. We właściwym zakonie templariuszy ludzie się zajmują prawie wyłącznie modlitwą. Nie chodzi więc o działalność gospodarczą, ekologiczną, tworzenie grup rekonstrukcji historycznej. Codzienne uczestnictwo we mszy, codzienne czytanie brewiarza, pokora - to klucz do zrozumienia zakonu w Poggibonsi.

Całość wywiadu: http://wiadomosci.pless.pl/33065-templariusz-z-pszczyny-wywiad

Czytany 6083 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 11 Maj 2017 09:15